"2586 kroków"... od COVID-19
Wszyscy dobrze
wiemy, jak rozwijająca się epidemia wstrząsa całym światem. Codziennie w
mediach słyszymy o kolejnych zakażeniach, zgonach czy obostrzeniach.
Siedzimy w domach, często nie ruszając się z nich nawet na krok. Czy mamy
więcej wolnego czasu, to już kwestia sporna, jeśli jednak faktycznie tak macie,
to być może zaczyna Wam już brakować pomysłów na to, co ze sobą zrobić. Nawet
jeśli doczytacie ten tekst do końca, pewnie nie zajmie Wam to tak długo, by zabić całą nudę. Tylko
że głównym celem tego tekstu jest skłonienie do refleksji po jego przeczytaniu,
a nie sama treść. Jeśli interesuje Was jedno lub drugie (a może nawet oba?),
zapraszam do środka!
Gdy siedziałam
w szkole ostatniego dnia normalnych lekcji i dowiedziałam się, że już
następnego dnia tam nie wrócę, moją pierwszą myślą było jak najszybsze udanie
się do biblioteki, żeby na ten okres przerwy wypożyczyć sobie parę książek.
Ostatecznie wybrałam tylko jedną – „Rzeźnika drzew” autorstwa Andrzeja
Pilipiuka. Literatura tego pisarza zafascynowała mnie jeszcze zanim zaczął się
ten cały chaos, jednak teraz – w obliczu pandemii – zaczęła nabierać dla mnie
zupełnie nowego znaczenia. Wszystkie tomy Pilipiuka, które miałam okazję
czytać, były zbiorami opowiadań, wśród których raz za razem pojawiały się
historie dotyczące zarazy tej czy innej choroby. W związku z tym zadałam sobie pytanie: czego
literatura Pilipiuka może nauczyć nas w czasach koronawirusa? I oto efekt tych
rozmyślań możecie podziwiać poniżej.
Jako że o
każdym opowiadaniu Pilipiuka krążącym wokół tematyki epidemii można by
spokojnie napisać osobny tekst, postanowiłam skupić się tylko na jednym z nich
– tytułowej historii z tomu „2586 kroków”. Ponieważ ten tekst ma stanowić
swoistą interpretację tego opowiadania, nie unikam w nim spoilerów. Jeśli
sami czytaliście wskazany utwór, to pewnie lektura mojego tekstu okaże się dla
Was ciekawym powrotem. Postaram się jednak wyjaśnić wszystkie zagadnienia tak, by każdy mógł je zrozumieć, nawet nie mając zielonego pojęcia o twórczości Pilipiuka. Teraz po tym przydługim wstępie (zawsze miałam problem z
pisaniem zbyt długich wstępów…), pora wreszcie przejść do części właściwej!
Miasto Bergen w
Norwegii. Zima, XIX wiek. Główny bohater – Paweł Skórzewski, polski lekarz,
który przyjeżdża do norweskiego miasta, by pomóc w walce z trądem. Doktor
Skórzewski jest postacią pojawiającą się w wielu opowiadaniach Pilipiuka, za to
zaskakująco mało dowiadujemy się z tekstu o nim samym - taka niby postać główna, a jednak działająca gdzieś w tle. Bardziej intrygujący może być Armauer Hansen, który jest miejscowym lekarzem, a przede
wszystkim – postacią historyczną. Polska Wikipedia nie mówi o nim wiele,
angielska zresztą też. Najważniejszym faktem jest to, że Hansen odkrył – czy
właściwie bardziej zaobserwował i opisał – prątki trądu, co zostaje opisane
także w przedstawianym przeze mnie opowiadaniu. Hansen jawi się czytelnikowi jako postać pozytywna,
osoba sympatyczna, której głównym życiowym dążeniem jest odnalezienie leku na
szalejący w Bergen trąd. Zapamiętajcie sobie jego nazwisko, jeszcze wielokrotnie będzie nam potrzebne.
Jeśli chodzi o
odniesienie do naszej obecnej sytuacji, nie ma lekarza, którego moglibyśmy
wskazać palcem i powiedzieć, że to jest dzisiejszy Hansen. Mamy za to kogoś więcej
– rzesze naukowców pracujących nad wynalezieniem leku czy szczepionki przeciwko
nowemu koronawirusowi. Hansen nie zdołał sam znaleźć leku (nie dowiadujemy się
tego z książki, lecz z faktów o postaci historycznej), ale nie zatrzymywał się
w swoich dążeniach. Sposób leczenia trądu został ustalony
kilkadziesiąt lat po jego śmierci. My nie spodziewamy się, abyśmy musieli
czekać na szczepionkę tak długo, obecne doniesienia mówią o ok. 12 miesiącach.
Przywykliśmy narzekać, że to tak odległy czas, ale kiedy przyrównamy to do
dziesiątek czy nawet setek lat oczekiwań na lek na trąd (pamiętajmy, że trąd
jest chorobą pojawiającą się nawet w Biblii!), powinniśmy czuć się dużo
spokojniej.
Co wiemy o
samej chorobie – trądzie, zwanym także leprą, czy też współcześnie chorobą
Hansena – z książki? Lekarze dopiero ją badają, więc nie potrafią powiedzieć
wiele. Wiemy, że nie ma leku. Wiemy, że kiedy pacjent zachoruje, to wychodzi
się z założenia, że już na pewno umrze – jest to tylko kwestia czasu.
Doprowadza to do decyzji, gdy doktorzy są gotowi testować swoje pomysły na
lekarstwa na żywych pacjentach, mimo że są w pełni świadomi niebezpieczeństwa
stosowania określonych substancji. Bardzo ważny przy chorobie jest fakt, że
zwykle nie odczuwa się bólu, tylko przy rzadkiej jej postaci. Zostaje to
zresztą wykorzystane przez lekarzy wielokrotnie do zdiagnozowania trądu – jeśli
potencjalny chory czuje ból w miejscu różnych odbarwień na skórze, to nie jest
to lepra. Chociaż brak jest leku, doktorzy ustalają, że bakterie zabijają: karbol,
spirytus i wysoka temperatura. Do tego przy walce z zakażeniami niezwykle
istotne jest zachowanie odpowiednich zasad higieny, czyli przede wszystkim
długie mycie rąk wodą z mydłem. Poza tym naukowcy odkrywają, że bakterie albo
mnożą się wolno, albo nie mogą się już mnożyć po śmierci pacjenta.
Różne kwestie
związane z chorobą będą pojawiać się jeszcze w dalszej części tego tekstu,
natomiast już teraz warto omówić poszczególne wspomniane elementy dotyczące
trądu w kontekście koronawirusa.
Lekarze
dopiero badają chorobę, więc nie wiadomo o niej wiele. To jest jeden z
największych problemów naszej obecnej sytuacji. Nie mamy nawet pewności, jak
bardzo niebezpieczne jest to, z czym walczymy. Ustalenie dokładniejszej
śmiertelności wciąż jest niemożliwe. Kłopotliwe jest także ustalenie poziomu
zaraźliwości. Mimo tego, że jesteśmy w stanie bez większego problemu
zdiagnozować chorobę z pomocą odpowiedniego testu, nie mamy na nią leku. To
okoliczności łudząco podobne do okoliczności w książce. Gdy tylko pojawia się
podejrzenie trądu, doktorzy udają się na miejsce zdarzenia, aby zbadać potencjalny nowy przypadek i badania te zawsze
zwracają poprawny wynik. Nie wiadomo jednak, co z tym wynikiem zrobić. Jedyną
opcją jest odizolowanie chorych, tak aby ograniczyć rozprzestrzenianie się
zarazy, dlatego wszyscy pacjenci przebywają w jednym szpitalu. Tutaj porównanie
do naszej rzeczywistości jest oczywiste. Tak samo z przymusową hospitalizacją.
Jeśli chodzi o
śmiertelność, możemy czuć ulgę. Chociaż nie jesteśmy w stanie poznać dokładnego
procentu śmiertelności przy koronawirusie, na pewno nie sięga on stu procent
tak jak opisywany trąd. Piszę „sięga”, bo nie jest to równe sto procent. Doktor
Danielsen – starszy od Hansena miejscowy lekarz – opisuje jeden przypadek, gdy przybył do ich
szpitala młody chłopak chorujący na leprę. Po pół roku po bakteriach nie
pozostał żaden ślad. Paweł Skórzewski kwituje to zdaniem „Osłabiony
organizm nie radzi sobie z bakcylami, a silny ma szansę je zwalczyć”. Znowu możemy
dostrzec podobieństwo do współczesnej pandemii. Młodzi nie chorują, a nawet
jeśli, to wychodzą z tego bez szwanku. Choroba dotyka głównie ludzi starszych i
osłabionych. Tyczy się to większości chorób, jednak nie wszystkich, dlatego
warto zwrócić swoją uwagę na ten fakt.
Testowanie
lekarstw na ludziach nie powinno nas dziwić. Nie tak dawno temu widziałam
krążące w internecie ogłoszenie, że poszukiwani są ochotnicy, którzy dadzą się
zarazić mniej zjadliwą odmianą szalejącej obecnie choroby, tak aby można było przeprowadzić
na nich badania. W naszych czasach spodziewamy się jednak, że badane lekarstwa
będą w pełni bezpieczne dla zdrowia i życia pacjenta, podczas gdy w opisywanych
przez Pilipiuka realiach dostajemy wprost informację, że wstrzykiwany
pacjentowi lek jest zasadniczo trucizną i może przyspieszyć jego śmierć. Możemy
mówić tu o poświęceniu dla dobra sprawy czy jednak jest to po prostu złamanie
podstawowych praw człowieka? Debatę można by prowadzić godzinami.
Brak bólu w
zarażonych obszarach jest traktowany w książce jako charakterystyczny objaw
lepry. Koronawirus oczywiście tak nie działa, bo nie jest chorobą skóry.
Słyszymy jednak często, że aż 80% zarażonych przechodzi go bezobjawowo. Trudno
nie zauważyć tutaj związku.
Dalej. Jako
teoretycznie skuteczne środki przeciwko trądowi podane zostają: karbol,
spirytus i wysoka temperatura. Pierwsze pytanie: co to jest karbol? Obecnie
nazwa ta odnosi się do wodnego roztworu fenolu – substancji toksycznej, ale o
właściwościach odkażających. Nie jest to alkohol, jednak możemy go do niego
porównywać. Dawniej nazwa karbol odnosiła się również do samego fenolu. Nie
wiemy, czy bohaterowie opowiadania w swoich wypowiedziach odnoszą się do
pierwszego czy do drugiego znaczenia, najważniejszy pozostaje jednak fakt, że
wykorzystują go do dezynfekcji. Przypomina to nasze obecne stosowanie w
olbrzymich ilościach wszelkich mydełek antybakteryjnych o wysokiej zawartości
alkoholu. Natomiast tutaj tkwi haczyk. Lepra jest chorobą bakteryjną. COVID-19
jest chorobą wirusową. Dlaczego zatem środki stosowane na jedną z nich miałyby
działać dla drugiej?
Karbol to tylko
jedna sprawa. Spirytus to już alkohol w niemalże czystej postaci, lubiący
pojawiać się w „koronawirusowych memach” jako remedium na nasz obecny problem,
zwłaszcza w kontekście Polski, która „nie boi się koronawirusa, bo zwalczy go
alkoholem”. Memy mają być oczywiście z założenia śmieszne, lecz niestety
niektórzy traktują to zbyt poważnie. Zauważalny jest znaczący wzrost zatruć
alkoholem. Znana jest sprawa ludzi w Iranie, którzy przedawkowali alkohol,
chcąc w ten sposób uchronić się przed koronawirusem, co doprowadziło do wielu
ofiar śmiertelnych. Spirytus może i działa na trąd, ale na pewno nie pity w nadmiernych ilościach i koronawirusa na pewno też nie wyleczy.
I została nam
wysoka temperatura. Na początku epidemii koronawirusa wiele mówiło się o tym,
że wszystko wygaśnie, gdy zaczną się cieplejsze miesiące. Zdania te przycichły,
gdy choroba zaczęła zbierać krwawe żniwo w cieplejszych niż Polska krajach,
takich jak Hiszpania czy Włochy. Obecnie nikt nawet nie marzy o tym, że zaraza
skończy się w czerwcu. Zresztą to właśnie na czerwiec i maj przewidywany jest
szczyt zakażeń, a zatem jednocześnie śmierci. Eksperci stwierdzają, że wiosenne
ocieplenie to za mało, by pomóc w walce z koronawirusem, chociaż uznają już za
prawdopodobne, że letnia pogoda przyczyni się do zmniejszenia zakażeń. Możemy tu tylko stwierdzić, że czas pokaże.
Kolejne jest
długie mycie rąk wodą z mydłem. Tu ktoś mógłby postawić śmiałą tezę, że
Pilipiuk przepowiedział przyszłość. Mimo że uznaję Pilipiuka za świetnego
pisarza, raczej nie nazwałabym go prorokiem. Nie da się jednak ukryć, jak
istotna jest obecnie kwestia mycia rąk, podawana jako najważniejszy sposób
walki z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Do tego noszenie
maseczek i rękawiczek. Doktorzy w opowiadaniu Pilipiuka także stosują stroje
ochronne, natomiast cywili nie dotyczy to w żadnym stopniu, zatem tutaj mamy
rozbieżność. Wynika ona przede wszystkim z różnicy między zaraźliwością tych
dwóch chorób. Zarażenie się trądem to nie tak prosta sprawa (zgodnie z autorem
książki), podczas gdy przy koronawirusie szacuje się, że jedna osoba zaraża
trzy inne. Podwyższone środki ochronne są więc w naszym przypadku jak
najbardziej uzasadnione.
I została nam
prędkość mnożenia się bakterii. Zgodnie z książką, albo mnożą się one bardzo
wolno, albo nie mogą się mnożyć, gdy chory umrze. Z wirusem sprawa wygląda
zgoła inaczej. Namnażanie się jest błyskawiczne, to główna cecha rozpoznawalna
wirusa. Większe podobieństwo obserwujemy w tej drugiej kwestii. Słyszymy często
w radiu o pozostawaniu koronawirusa np. na klamkach drzwi, a jednocześnie
jesteśmy uspokajani, że paczki z Chin na pewno koronawirusa nie przenoszą. Czy
jest to sprzeczność czy nie, to już inna sprawa. Faktem jest za to, że wirus
nie rozmnaża się poza ciałem gospodarza, bo do tego procesu wykorzystuje komórki
chorego. Jeśli zatem rzeczywiście może on znajdować się na przedmiotach wokół
nas, to na pewno w takich samych ilościach, w jakich został tam pozostawiony.
W kwestii
samej choroby w książce niezwykle istotny jest fakt, jak duży strach ona budzi.
Doktor Skórzewski, przybywając do Bergen, ma problemy z przełknięciem swojego
pierwszego posiłku, mimo że jest w pełni świadom tego, że się w ten sposób nie
zarazi. Samo podejrzenie, że spożywane jedzenie mogło być przygotowywane w
szpitalu, gdzie przebywają chorzy na trąd, wzbudza w lekarzu przerażenie,
określone przez pisarza jako „dziki, pierwotny, zwierzęcy lęk”. Również gdy
później po kontakcie z chorym Skórzewski myje ręce, nie jest w stanie opanować
swojego strachu – ma wrażenie, że „choroba na dobre przylgnęła do jego skóry”.
Po raz enty powtarza sobie, że ryzyko zarażenia jest minimalne, lecz to nie
pozwala mu się uspokoić.
W naszych
czasach nie słyszymy raczej o panikujących lekarzach. Bardziej mówi się o ich
bohaterstwie w walce na pierwszej linii frontu. I słusznie. Na pewno doktorzy
czują też pewien lęk przed chorobą, to naturalne, jednak istotne jest
podkreślanie faktu, że mimo to nie opuszczają swojego stanowiska. Zwłaszcza
ważne jest to dla nas – zwykłych, szarych ludzi – jeśli sami nie chcemy dać się
opanować przez strach.
Zresztą, nawet
w opowiadaniu Pilipiuka zachowanie Skórzewskiego to nic. Dużo większym
problemem jest nastawienie ludności miasta do choroby. Uderzająca jest scena,
gdy dziewczyna podejrzewana o trąd zostaje zamknięta w szopie w cienkim
ubraniu, mimo że w Bergen bez przerwy panuje mróz. Wszystko, co tylko
dotknęła, zostaje natychmiast zdezynfekowane. Kiedy dziewczyna ma opuścić
budynek, jej walizka zostaje jej podana na widłach, bo nikt nie chce się do
niej zbliżać. Gdy wychodząc, zirytowany Hansen rzuca, że może powinni spalić
też szopę, w której przebywała, absurdalna propozycja zostaje przyjęta. Nawet
gdy ostatecznie po badaniach okazuje się, że dziewczyna wcale na leprę nie
choruje, nie może już ona wrócić do tamtego miejsca. Zostaje wykluczona społecznie. Samo
podejrzenie choroby wystarczy, aby przestała być traktowana jak człowiek.
Nie słyszałam
o tak skrajnych przypadkach w czasie epidemii koronawirusa, jednak coś z tej
historii jest obecne także w naszej rzeczywistości. Kiedy moja siostra kichnęła
w sklepie (regulaminowo zasłaniając twarz łokciem), dosłownie wszyscy wokół
spojrzeli się na nią jak na zarażoną. To było zupełnie zwykłe kichnięcie, na
które normalnie zupełnie nikt by nie zwrócił uwagi, co najwyżej ktoś miły
odparłby „na zdrowie!”. Tylko że obecnie strach nas pochłania. Boimy się tego,
co nieznane - to znowu sprawa naturalna. Musimy tu jednak otwarcie mówić o
przesadzie. Nie mnie oceniać, czy obostrzenia wprowadzane przez rząd są na
wyrost czy nie, zobaczymy w niedalekiej przyszłości. Głównym problemem jest to,
jak przyjmują to wszystko ludzie. Każą nam się trzymać dwa metry od siebie, to
tak się trzymamy. A to, że zaraz przejdę przez dokładnie to samo miejsce, gdzie
przed chwilą stała osoba potencjalnie zarażona, już nie ma znaczenia. A
przecież podobno wirus unosi się w powietrzu jeszcze długo po odejściu chorego!
Wyłączamy
nasze myślenie. Rozum? Na co komu w dzisiejszych czasach rozum? Wszystkich
wokół nas traktujemy jako potencjalnie zarażonych, a zatem przestajemy ich
traktować jak ludzi. Żebyśmy jednak chociaż traktowali ich jak powietrze! Nie,
my często schodzimy jeszcze niżej. Czy poproszeni o podanie czyjejś walizki,
zaczęlibyśmy szukać wideł, bo bezpośrednie podanie jest zbyt niebezpieczne? A
to, że wcześniej staliśmy przez kilkanaście minut na tym samym przystanku, to
już nie jest problem? Wiem, wiem, staliśmy dwa metry od siebie, a żeby podać
walizkę trzeba podejść bliżej. Tylko że wirusa nie obchodzi, czy stoimy od
siebie dwa metry, czy metr osiemdziesiąt, czy dwa dziesięć. On naprawdę nie ma
miarki, nie sprawdza za każdym razem, gdzie jesteśmy i nie stwierdza: „Aha, to
dwa metry i pięć centymetrów, zatem jesteś bezpieczny. Ale podejdź na metr
dziewięćdziesiąt osiem i już po tobie”.
Oczywiście, że
dezynfekowanie tego, z czym chory miał kontakt, jest potrzebne. Kwarantanna dla
osób, z którymi miał kontakt, też ma jak najbardziej sens. Często reagujemy jednak przesadnie. Dobrze, że nie
osiągnęliśmy punktu, w którym palimy domy zarażonych. Chociaż jak tak dalej pójdzie,
to kto wie…
Ale piszę za
dużo. Ostrożność jest potrzebna. Z potencjalnie zarażonym lepiej nie mieć
kontaktu. Można też zrobić jak ludność z historii opowiedzianej przez Skórzewskiego w „2586 krokach” na temat jego stron. Uznali tam, że to lekarze roznoszą zarazę, zatem niemalże
zabili jednego z nich. W efekcie ze strachu prawie żaden już tam nie mieszkał. W sumie to logiczne.
Doktorzy mają ciągły kontakt z zarażonymi, więc bardziej prawdopodobne, że sami
się zarażą. Oczywiście nie będziemy ich zabijać. Możemy podejść do tego nieco łagodniej, jak mieszkańcy
Bergen w czasie epidemii trądu. Lekarze wykluczeni ze społeczeństwa. Gdy weszli
do restauracji, zaraz wyszli wszyscy inni klienci. Kelnerka bierze zamówienie i
ucieka. Talerze, na których jedli, zostają potłuczone. A wszystko przez strach.
Szczęśliwie,
współcześnie lekarze otrzymują bardzo duże wsparcie za swoją pracę od
społeczeństwa. Organizowane są kolejne zbiórki pieniędzy na sprzęt, ludzie
publikują w mediach społecznościowych słowa otuchy, o krytyce właściwie się nie
słyszy. Przynajmniej w tej kwestii różnimy się od realiów Bergen z opowiadania
Pilipiuka. Uff, oby tak dalej!
Niestety, nie
wszyscy pacjenci tak podchodzą do choroby. Słyszymy o przypadkach osób, które
nie przyznają się do tego, że mają objawy. Inni uciekają ze
szpitali. W Bergen sprawa prezentuje się zgoła inaczej jeśli chodzi o tę drugą
kwestię. Ze szpitala nikt nie ucieka, bo nie ma dokąd. Tylko niektórzy
zarażeni, mając dość swojej sytuacji, wieszają się. Wiedzą, że i tak umrą, więc
przyspieszają swoją śmierć. Dobrze, że COVID-19 nie ma takiego poziomu
śmiertelności jak lepra u Pilipiuka, bo mogłoby często dochodzić do podobnych
sytuacji także w rzeczywistości…
Jak roznosi
się trąd? Tego lekarze w opowiadaniu Pilipiuka nie są pewni. Jest
przypuszczenie, że przez bakterie w wydzielinach chorych. Jest teoria, że na
kroplach pary wydychanej przez chorych. My mamy to szczęście, że sposób
roznoszenia się koronawirusa został już ustalony, dlatego możemy skuteczniej
się przed nim chronić., chociaż wciąż słyszymy czasem o związanych z tym wątpliwościach. Doktorzy w książce nie ustalają za to nic konkretnego na ten temat do końca opowieści.
Jakie jest
podejście bohaterów opowiadania do śmierci? Przerażające. Zwłoki leżą zamrożone
w śniegu, bo nie ma możliwości ich grzebania albo palenia. Śmierć jest tak
upowszechniona, że nie jest szokiem, podchodzi się do niej bez emocji. U nas –
w Polsce – jest to niewyobrażalne, ale pojawiają się doniesienia o podobnej
sytuacji w innych krajach. Trudno nam wyobrazić sobie zwłoki leżące na ulicach.
Jak nieopanowana musi być sytuacja, aby coś takiego miało miejsce? Okazuje się, że
wystarczy nieodpowiednie przygotowanie do epidemii i zbagatelizowanie problemu.
I wyłączenie rozumu.
Ciekawy,
chociaż bardzo pobieżnie potraktowany, jest wątek możliwej zależności nasilenia
trądu od klimatu. Jeśli chodzi o koronawirusa, regularnie pojawiają się badania
wskazujące na różną zachorowalność w zależności od regionu. Na początku mówiło
się, że koronawirus dotkliwiej działa w Azji niż w Europie. Obecnie uwaga
skupiła się na tym, dlaczego rozwija się tak szybko na terenie Włoch czy
Hiszpanii. To stawia pod znakiem zapytania prawdziwość stwierdzenia, że
rozprzestrzenianie się choroby może zostać powstrzymane przez nadejście lata.
Wciąż mamy za mało danych, aby stwierdzić cokolwiek na pewno i znów można
stwierdzić jedynie: czas pokaże.
Zanim
przejdziemy do dwóch najważniejszych spraw pojawiających się w książce, warto
wspomnieć jeszcze o wątku eksperymentowania na zwierzętach. W przypadku trądu w
tym celu wykorzystuje się pancerniki. Obecnie słyszymy o badaniach
przeprowadzanych na kotach, psach czy małpach. Wykorzystywanie zwierząt w
medycynie towarzyszyło ludzkości od dawna i najwyraźniej niewiele ma się w tej
kwestii jak na razie zmienić, co widzimy również na przykładzie literatury.
Ale przejdźmy do tego, co jest naprawdę istotne. Pilipiuk
lubuje się w konstruowaniu takiego świata, który na pozór jest identyczny z
naszą rzeczywistości, jednak tak naprawdę odbiega od niej ze względu na
pojawiające się elementy fantastyczne. W przypadku „2586 kroków” skupia się to
na dwóch kwestiach. Na razie pochylmy się nad pierwszą z nich: nad tytułowymi
krokami.
Doktor
Skórzewski, idąc po raz pierwszy do szpitala w Bergen, z nudów zaczyna liczyć
kroki i wychodzi mu 2586. Kiedy innym razem wraca wraz z Hansen z jednej z
dzielnic miasta, wychodzi im tyle samo, mimo że Hansen zaczął liczyć później.
Gdy Skórzewski prowadzi do szpitala dziewczynę podejrzaną o trąd, również oboje
liczbą kroki i uzyskują taką samą liczbę, chociaż Polak ma zdecydowanie dłuższe
nogi. Niezależnie od tego, kiedy zacznie się liczyć ani skąd się idzie, jeśli
celem jest szpital, ilość naliczonych kroków to zawsze 2586. Okazuje się, że
liczba ta krąży wśród ludności Bergen jako zabobon. Hansen wyjaśnia
Skórzewskiemu: „Ludzie uważają, że człowiek prowadzony pod konwojem, przechodzi
zawsze dwa tysiące z czymś tam kroków między swoim domem a szpitalem”.
Początkowo oboje traktują to jako absurd. Gdy jednak z czasem zaczynają coraz
bardziej wierzyć w nadprzyrodzone zjawiska, starają się odnaleźć w tym jakiś
sens. Skórzewski podejrzewa w tym ukryty szyfr, jednak nie udaje mu się go
rozgryźć. Kwestia 2586 kroków pozostaje tajemnicą do samego końca opowiadania i
nigdy nie zostaje w pełni wyjaśniona. Dostajemy jednak pewną wskazówkę.
Wskazówkę w postaci drugiej fantastycznej kwestii występującej w opisywanym
opowiadaniu: personifikację choroby.
Postać
zakapturzonego żebraka pojawia się tu i ówdzie przez całe opowiadanie. Regularnie
autor „daje” nam scenę, w której Skórzewski patrzy przez okno i widzi niewysokiego,
zgarbionego mężczyznę, który zaraz znika gdzieś w śniegu. Długo nie dostajemy żadnego
wyjaśnienia – ot, zwykły żebrak, najprawdopodobniej zresztą trędowaty.
Równocześnie podczas wielu spotkań Polaka z mieszkańcami Bergen, rzucają
oni niemalże na pożegnanie stwierdzenie: „Musicie go zabić”. Dopiero po kilku
razach Hansen na prośbę Skórzewskiego tłumaczy, kim jest „on” – demon choroby,
zwany także Dziadkiem Trądem, który według wierzeń ludowych miał przybyć do miasta
w momencie, gdy Danielsen założył tam ośrodek badań nad leprą. Legenda wzięła się
przede wszystkim stąd, że od momentu stworzenia ośrodka, w Bergen pojawiło się
więcej przypadków zachorowań.
O wyglądzie domniemanego
demona dowiadujemy się więcej niż o wyglądzie głównych bohaterów. Postać
ciemna, właściwie szara, nieforemna, z twarzą skrytą w cieniu – poza tym „z
twarzy podobno zostały mu tylko oczy”, do tego dziwnie świecące. Jeśli chodzi o
jego ubiór, to „nosi szeroki, skórzany kapelusz, jak kupiec z czasów Hanzy”.
Lubuje się we wszystkim związanym z odległymi czasami. Jego oblicze jest
przeżarte chorobą. Przez ogół swojego wyglądu dobrze wtapia się w mrok, co
wykorzystuje, krążąc wokół szpitala w ciemnych bramach, jednocześnie obserwując
postępy nad badaniem trądu. Jedna z mieszkanek Bergen stwierdza, że boi się on
Hansena, a wręcz go nienawidzi i śledzi, jako że ten pracuje nad wynalezieniem
leku. Określany jest jako zjawa, zwidy czy duch, a ostatecznie jako niemal namacalny
demon choroby, której jest ucieleśnieniem.
Początkowo ani
Hansen, ani Skórzewski nie wierzą w prawdziwość zjawy. Kiedy jednak po raz
kolejny z rzędu widzą cień tajemniczej postaci, stwierdzają, że nic im nie szkodzi
spróbować się go pozbyć. Polak przypomina sobie, jak w jego stronach jako
sposób na zabicie ducha polecano strzał poświęconą kulą wykonaną ze srebra z
wyryty krzyżykiem. Z braku katolickiego księdza kula nie zostaje poświęcona,
ale dwoje lekarzy wychodzi ze strzelbą ze szpitala i udają się w stronę portu,
odliczając 2586 kroków, bo Skórzewski stwierdza, że skoro taka ilość kroków „działa”,
kiedy idzie się do szpitala, zatem powinna także odnieść swój efekt w przeciwną
stronę. Gdy mężczyźni dochodzą do magicznej liczby, widzą żebraka –
identycznego z tym wcześniej obserwowanym koło szpitala. Widząc dwóch doktorów
z bronią, nie reaguje paniką, lecz rzuca gardłowym głosem pytanie: „Czego
chcecie?”. Skórzewski chybił pierwszy strzał, dwa kolejne nie były dość skuteczne,
ale czwarty już powalił przeciwnika. Gdy wróg był już ledwo żywy, zdołał wychrypieć
nazwisko Hansena, nim Skórzewski strzelił do niego ostatecznie po raz piąty.
Jakby tego było mało, po zabiciu ciało „potwora” – bo tak Polak go określa – zostało spalone, tak aby nie było po nim żadnego śladu.
Zatrzymajmy
się na razie w tym momencie, bo dawno nie padło już ani słowo o koronawirusie.
Żaden demon choroby w rzeczywistości nie istnieje. Nie ma zjawy, której zabicie
mogłoby momentalnie zakończyć tę epidemię. Może to i dobrze, bo w tak wielkim
świecie mogłaby schować się tak dobrze, że nigdy byśmy do niej nie dotarli i ta
pandemia nigdy nie dobiegłaby końca. Możemy jednak spojrzeć na postać „Dziadka
Trąda” z nieco innej strony. COVID-19 rozwija się różnie w poszczególnych
krajach. We Włoszech czy USA jest bardzo duża liczba zachorowań i zgonów w
porównaniu z innymi państwami. Mówi się także coraz to odważniej o możliwych
mutacjach wirusa czy też o tym, że może być szkodliwszy dla ludzi posiadających
konkretne geny. Władze różnych krajów różnie reagują na obecną sytuację, ze
skrajnością Białorusi włącznie. Jest jednak jedna rzecz, która jest wszędzie
taka sama.
Panika.
Wykupywanie
środków spożywczych? Papieru toaletowego? Członkowie rodziny, którzy idąc na
spacer mają trzymać się dwa metry od siebie, mimo że w domu mogą się bez
problemu przytulać? Uznawanie każdego kaszlnięcia czy kichnięcia za objaw
COVID-19? Pani wyrzucająca ludzi ze sklepu, bo za dziesięć minut będzie
dziesiąta, a wtedy zakupy mają robić tylko emeryci? Lekarze stawiający diagnozę
przez telefon, bo boją się spotkać z pacjentami? Wszystko to staje się
elementami naszej rzeczywistości, a przykłady można by mnożyć w nieskończoność.
To, co dawniej uznalibyśmy za absurd, teraz jest zupełnie normalne. Panika.
Panika wszędzie. Póki jest panika, póty będzie epidemia. Oczywiście zniknięcie
paniki nie spowoduje zniknięcia wirusa, to tak nie działa. Ale spójrzmy – lud w
Bergen wierzył w Dziadka Trąda i zabicie go przywróciło im nadzieję. My wierzymy
w panikę. Może też pora ją zabić?
Co ważne,
historia Skórzewskiego nie kończy się w tym momencie, w którym ja skończyłam.
Jest jeszcze jeden fragment, króciutki, ale jakże istotny. W drodze powrotnej
do szpitala Skórzewski ma wyrzuty sumienia. Uznaje, że „ześwirował” i pewnie zabił
właśnie chorego, ale zupełnie niewinnego żebraka, bo żadnej chodzącej choroby
nie ma. Gdy jednak stają przed bramą szpitala, Hansen pyta Polaka, czy liczył
kroki. Ten zaprzecza. Hansen w odpowiedzi mówi krótko:
Trzy tysiące
dwieście siedemdziesiąt pięć. 3275. Nie 2586.
Epidemia się
skończyła? Nie wiemy. Historia kończy się w tym momencie. Opowiadanie jednak wyraźnie
sugeruje nam, że zabicie demona choroby rozwiązało sprawę. To wszystko. To
wszystko, co było potrzebne. Wcale nie odizolowywanie chorych czy wykluczenie
społeczne, wcale nie dezynfekowanie wszystkiego, nawet nie wynalezienie lekarstwa.
Śmierć Dziadka Trąda.
Jak już jednak
pisałam, nie mamy prawa traktować tego dosłownie. Nie wybiegajmy teraz ze
strzelbami nabitymi srebrnymi kulkami na ulice, żeby wybijać żebraków, bo a nuż
którychś z nich jest demonem COVID-19 i mam nadzieję, że nikomu nigdy taki
pomysł do głowy nie strzeli. Piszę jeszcze raz – spójrzmy inaczej. Skutkiem
zabicia Dziadka Trąda jest spokój ludności. To spokój kończy epidemię. W
momencie, gdy legendy przestają mieć moc, nareszcie znów odzywa się rozum,
który podpowiada, że wszystko przemija. Wszystko co dobre, ale co złe też. I
hej, mamy lekarzy, którzy zawsze są gotowi nam pomóc! Nawet jeśli po drodze
muszą zastrzelić jakiegoś demona!
Mam wrażenie,
że napisałam zdecydowanie za mało, ale to chyba po prostu każdy autor tekstu
tak ma, że jest gotów na dany temat nawijać i nawijać, a już nikomu nie chce
się tego czytać czy słuchać. Pora zatem kończyć i pozostawić Was wszystkich z
Waszymi własnymi refleksjami. Pamiętajcie: prawdziwym celem tego tekstu nie
było właściwie porównanie opowiadania Pilipiuka do naszej sytuacji. Tak, to
starałam się zrobić, lecz nie w tym rzecz. To podpowiedź dla Was, żeby czasem spojrzeć
na coś z innej perspektywy, spojrzeć nieco głębiej. Doktor Danielsen w pewnym
momencie opowieści oświadcza: „Żyjemy w ciekawych czasach”. Niezależnie od
tego, jak okrutnie może to brzmieć w odniesieniu do ofiar choroby, trudno tym
słowom odmówić prawdziwości. My też żyjemy w ciekawych czasach. Nie jesteśmy w
stanie przewidzieć, jak to się skończy, lecz właśnie dzięki temu jest to
jeszcze bardziej fascynujące. Tym bardziej zachęcam wszystkich, żeby spisywali
swoje doświadczenia z tego obecnego okresu. Wyobrażacie sobie, co to będzie,
gdy przeczytacie swoje zapiski za kilkadziesiąt lat? Nie będziecie chcieli
wierzyć sami sobie, że przeżyliście to wszystko! No, to na co czekacie?
Długopisy w dłoń!
Comments
Post a Comment